polonia szczurowa - serdeczny pomost
Serdeczny pomost
 
"Podróż do USA mieliśmy fatalną ze względu na sztorm. Zapamiętam ją do końca życia - wspominał niegdyś o wyprawie za Wielką Wodę Stanisław Młynarczyk na łamach "W zakolu Raby i Wisły". - Po wpłynięciu do zatoki św. Wawrzyńca oczom naszym ukazał się koszmarny widok. Wychodzący po raz pierwszy na pokład pasażerowie byli śmiertelnie bladzi z dużą ilością sińców na całym ciele, a często też z otwartymi ranami. Sąsiadka z przyległej do naszej kabiny przysięgała, że gdyby zostawiła w Polsce swoje oko, to by po nie okrętem już nie wróciła. Do Chicago dotarliśmy 6 grudnia 1964r."

Dziś pozostały tylko familijne wspomnienia po tamtych wielodniowych przeprawach statkiem przez Wielką Wodę, Odległości skurczyły się. Świat stał się rzeczywiście jedną globalną wioską. Podróż samolotem z Krakowa do Chicago trwa krócej niż dawniej jazda samochodem czy pociągiem do Gdyni, skąd zaczynał się rejs statkiem "Batory". Zdarza się, że młodzi ludzie z okolic Szczurowej wyjeżdżają teraz na wakacje do swoich amerykańskich krewnych, zaś tamci przysyłają zza Wielkiej Wody dzieci na wakacje do polskich krewnych.
 
Ale pomijając różnice w sposobie podróżowania, jedno pozostało niezmienne. Niezmiennie od stu lat Szczurowa wraz z okolicznymi wioskami zasila swoimi ludźmi uprzemysłowione rejony Chicago - "Zagłębie dolarów" - mówiło się jeszcze niedawno o mieszkańcach Szczurowej, Zaborowa, Pojawia, Strzelec Wielkich, Niedzielisk, Woli Przemykowskiej, Dołęgi, Górki, Kwikowa...
 
Sołtys Szczurowej Stanisław Wądołowski (był 5 lat w Chicago na przełomie lat 70 i 80, za zarobione dolary wybudował dom i otworzył prywatny warsztat stolarski) twierdzi wręcz, że rzadkością są tu murowane domy, które by nie zostały wybudowane za dolary zarobione na saksach, podobnie jak na palcach jednej ręki da się wyliczyć domy, w których nikt z domowników nie był przynajmniej raz w Stanach albo tam nie przebywa. Ktoś obliczył w 1995r., że liczba członków rodzin wywodzących się z jednej tylko wsi gminy Szczurowa - a mianowicie z Pojawia - którzy zamieszkali w rejonie Chicago, wynosi 335 osób, podczas gdy samo Pojawię ma 475 mieszkańców.
 
Dyrektor Gimnazjum w Szczurowej Marek Antosz dodaje: - Ale najpiękniejsze, że pomiędzy tymi, którzy tu pozostali i tymi, którzy wyjechali na stale do Ameryki - zbudowany jest serdeczny pomost. Polonusi wywodzący się z tych terenów nigdy nie zapomnieli o potrzebach macierzystych wiosek. Świadectwa pomocy rodaków zza oceanu można znaleźć tu na każdym kroku. Zresztą to nie przypadek, ze Towarzystwo Ratunkowe Szczurowa jest najstarszą tego typu organizacją polonijną w Stanach. Już w 1903 grupa kilkunastu osób, pochodzących stąd, podjęta udaną próbę zrzeszenia się w Chicago i zorganizowania pomocy materialnej dla krajan. Można rzec, że dali przykład innym polonusom. W 1904 dzięki zebranym darom ufundowali zegar na wieży szczurowskiego kościoła. W 1910 rozpoczęli zbiórka pieniędzy na budowę w rodzinnej wiosce pomnika Kościuszki... Od tego się zaczęło... l trwa do dzisiaj. Ostatnio np. szczurowianie z Ameryki zbierają dolary na wyposażenie gimnazjum w Szczurowej w nowoczesny sprzęt potrzebny do nauczania języka angielskiego. Każdy uczeń ma mieć magnetofon ze słuchawkami, a zestaw ten będzie sprzężony z pulpitem lektora i ekranem- rzutnikiem. Nowoczesne wyposażenie sali językowej ma być darem (za kilkanaście tysięcy dolarów) chicagowskiego Komitetu Pomocy Gminie Szczurowa...
 
Marek Antosz jest moim szczurowskim cicerone. Znalem go wcześniej, ponieważ czytałem jego publikacje prasowe i wiersze. Od roku jest dyrektorem szczurowskiego gimnazjum. W klasie Ia, gdzie - przypominając sobie dawne belferskie czasy - zabawiłem się w nauczyciela prowadzącego lekcję jeżyka polskiego, na 26 uczniów - aż 16 ma krewnych w Stanach.
 
Opowiadają mi o tych dwustronnych kontaktach z amerykańskimi krewniakami.
- Mój brat - chwali się Wiola - był w ubiegłym roku 4 miesiące u ciotki i wujka, którzy wyjechali do Stanów w latach 80. Pracował w firmie przy wymianie okien i dużo podróżował. Pokazywał mi slajdy i zdjęcia.
- A babcia - dorzuca Kamila z Górki - powróciła z Ameryki po 12 latach. Kupiła mojemu wujkowi samochód. Mieszka teraz w Krakowie.
- Moja ciotka - zgłasza się Wojtek - była w USA 10 lat. Czyściła płytki na ścianach. Skórę na rękach ma przeżartą płynem i mówi, ze tam wcale nie jest tak łatwo. Mnie najbardziej podoba się jej zdjęcie przy dużym aucie.
- Dziadek najmilej zapamiętał podróż statkiem - mówi Ania. - Nie wyobrażał sobie, że statek może być taki ogromny, a ocean ma tyle wody. Przeżył na statku sztorm i do dziś to wspomina, choć minęło wiele lat. O pracy w Chicago za to niewiele mówi...
 
Dzieci w klasie Ia są żywe, śmiałe, chętnie zgłaszają się i przytaczają opowieści dziadka, taty, wujka, ciotki o ich pobytach na saksach za oceanem. Mówią, że szczurowianie ze Stanów pomagali swoim krewniakom z Polski, przysyłając pieniądze na podróż, znajdując pracę. W okresie "słabej" złotówki wystarczyło pojechać na rok, dwa do roboty, żeby się odkuć: wybudować dom, kupić auto. Chętnych nie brakowało. - Antoni Wódka mieszkający w Chicago Ridge - opowiada Marek Antosz - wysłał dużo zaproszeń swojej rodzinie i znajomym z Woli Przemykowskiej. Często tez służył gościną, i nie wziął za to ani centa. Podobnie czyniło wielu innych rodaków znad Raby i Wisły. Choć oczywiście zdarzały się przypadki, że polonusi z Ameryki, wiedząc, jaki jest przelicznik dolarowy w Polsce, skąpili ziomkom zapłaty. Tak, że lepiej było pracować u całkiem obcych ludzi niż u tych polskiego pochodzenia...
 
W szybkim tempie przybywało w okolicach Szczurowej nie tylko domów, samochodów, ale też maszyn rolniczych, traktorów. Centrum Szczurowej nabrało miejskiego charakteru: supermarket, dom towarowy, bank, dwie knajpy (jedna całkiem przyzwoita - "Alabama"), wiele sklepów, okazałe Centrum Kultury i Sportu z biblioteką. Warto też przypomnieć, że na początku lat 80. Szczurowa otwarła pierwszy Pewex na wsi. Pojawił się też kantor wymiany walut... Krąży anegdota o tym, jak to w epoce gierkowskiej jechało ze Śląska dwu panów, żeby kaptować chłopów do budowania Huty Katowice. Zadziwieni słabą frekwencją i brakiem chętnych, usłyszeli od babci siedzącej na sali ":Panie, u nos ni mo chto do Hameryki jechać, a wy tu o jakisik hucie godocie". Mit o Ameryce, gdzie całkiem inny świat - nie całkiem prysnął w domach szczurowian. Lecz w wypowiedziach dzieci z Ia pojawia się już zdanie zasłyszane od starszych: - Teraz Polska nie różni się prawie niczym od Ameryki. Hmm...
 
ZA CHLEBEM
Początków exodusu należy szukać w latach osiemdziesiątych XIX w. Wtedy chłopi z biednych i przeludnionych wsi zakola Raby i Wisły zaczęli dla siebie "odkrywać Amerykę". Przyjmowali każdą robotę, jaką im zaoferowano. Najczęściej wchodziła w grę praca na kolei. Jedni wracali po latach i za zarobione pieniądze budowali domy i dokupywali ziemi, która była wtedy w biednej Galicji skarbem. Drudzy przebywali tam nawet kilkanaście lat i przesyłali uciułane dolary krewnym w kraju, żeby kupowali za to ziemię. Ruch emigracyjny szczególnie nasilił się po katastrofalnych powodziach. Zaś pierwsza wojna przyczyniła się do osiedlania "sezonowych emigrantów'" na stałe.
 
Oswajaniu się z nieznanym, wielkim światem sprzyjały wyjazdy grupowe "w grupie raźniej", a także zakładanie klubów i stowarzyszeń o swojsko brzmiących nazwach. Po Towarzystwie Ratunkowym Szczurowa powstały podobne organizacje zrzeszające polonusów z Woli Przemykowskiej, Zaborowa, Pojawia, Dołęgi, Górki, Niedzielisk, Strzelec Wielkich, Kwikowa. Ich członkowie zajmowali się m.in. organizowaniem bankietów, pikników, zabaw, meczów i innych imprez towarzyszących, z których dochody przeznaczyli na pomoc dla rodaków z macierzystych wiosek. Działalność w klubach polonijnych służyła integracji rozproszonych. Przez całe lata przybywały z kraju kolejne pokolenia emigrantów, których dzieci rodziły się już na amerykańskiej ziemi, ale piękna tradycja wspierania braci z kraju przetrwała do dziś. Wójt gminy Szczurowa Marian Zalewski -jeden z najdłużej, bo chyba 18 lat, urzędujących w Małopolsce - chwali się wręcz, że w Szczurowej pokazano, jak rozwijać kontakty z Polonią.
 
W sierpniu ubiegłego roku zorganizował polsko-amerykańskie dożynki połączone z imprezami kulturalnymi trwającymi przez tydzień. Przybyło ponad 70 gości z USA. Byty występy zespołów folklorystycznych i kapel ludowych, festyny, wycieczki w Tatry, spotkania oficjalne, nocne szczurowian rozmowy... Ksiądz proboszcz Jan Orlof, który przyjmuje mnie na plebani!, tak wspomina ten owocny czas: - To był tydzień łączności z Polonią. Goście zza wody przylecieli tu na zaproszenie wójta (którego rok wcześniej gościli) i moje. Wójt Zalewski bardzo dba o te kontakty. Jego zasługą jest np. połączenie wszystkich klubów polonijnych z tych wiosek w jeden Komitet Pomocy Gminie Szczurowa, który otwierał chyba dwa lata temu w Chicago, Oprócz uroczystości kościelnych, imprez kulturalnych, wycieczek, pielgrzymki do Częstochowy i spływu Dunajcem -mieliśmy wiele okazji do wspólnych spotkań, rozmów.
 
W stuletniej tradycji kontaktów nigdy nie było takiego zorganizowanego przyjazdu tutaj. Różne zaszłości, nieporozumienia, zostały wyjaśnione. Ale przede wszystkim nadarzyła się okazja, żeby szczurowianie z kraju mogli szczurowianom z Ameryki podziękować za ich pomoc dolarową i okazane serce. Nasi rodacy czuli się dobrze, bo byli honorowani, goszczeni. Zadzierzgnęły się osobiste znajomości. Dla mnie samego było to niezwykłe przeżycie. Byłem zbudowany ich wrażliwością serc i wiarą; przecież różne rzeczy mówi się o Ameryce i Amerykanach. Mogłyby ich nie obchodzić kłopoty parafii, gminy, klubu sportowego, szkoły zawodowej i licealnej w Szczurowej; a także nasza telekomunikacja, gazyfikacja, sieć wodociągowa i sto innych spraw. Tymczasem ich to obchodzi.
 
W "Sprawozdaniu Finansowym Towarzystwa Ratunkowego Szczurowa" czytamy, że np. od 1969 bez przerwy, rok w rok, wspomagają nas dolarowe. Nie zapominają nie tylko o dotacjach na instytucje i placówki, ale też o najbiedniejszych ludziach we wsi. Teraz mamy ze sobą ściślejsze kontakty. Oni nas lepiej rozumieją, my ich. Gdy rozmawiam z nimi przez telefon - nie są dla mnie anonimowi. Pojąłem, jak bardzo są związani z tą ziemią, jak bardzo tęsknią za wsią i macierzystym kościołem. Zauważyłem też, że chętnie opowiadają mi o swoich troskach, jakby chcieli, żebym był również ich duszpasterzem...
 
MŁYNARZ
Jednym z długoletnich łączników pomiędzy Polonią a tutejszymi był Józef Badzioch z Zaborowa, właściciel młyna istniejącego od 1958 r. Na początku lat 60. Józef Badzioch wyjechał pierwszy raz do Chicago. Zdobył tam zaufanie swoich i dlatego stał się kimś w rodzaju emisariusza. Wyjeżdżał nie tylko po to, żeby zarobić, ale i z misją. A to po dolary na remont Domu Ludowego im. Jędrzeja Cierniaka. A to po pieniądze na budowę ośrodka zdrowia, remizy strażackiej, zakup motopompy, czy - ostatnio - po 4 tysiące dolarów na nowy wóz strażacki. Wielbiciel Jędrzeja Cierniaka, wielkiego rodaka z Zaborowa, który posiał w swojej rodzinnej wsi ziarno myśli społecznej. Może dlatego zaborowianie nie ograniczają się tylko do myślenia o "prywacie". Nie zapominają też o pomocy dla swojej wsi, gdy wyjeżdżają do Ameryki, - Takimi ludźmi jak Badzioch stoi gmina - chwali go Marek Antosz. - To były prezes PSL, a poza tym gospodarz całą gębą i znakomity fachowiec. Odremontowany młyn dalej miele, teraz pod kuratelą syna.
 
OPINIA
Ale pomoc "dolarowa" to tylko jedna strona medalu. Dla wójta Zalewskiego, człeka obrotnego i pomysłowego, liczy się również to, że emigranci tworzyli i tworzą sprzyjającą aurę wokół podejmowanych przez samorząd najróżniejszych inicjatyw, takich jak: telefonizacja gminy, budowa wodociągów, gazyfikacja czy wreszcie - budowa Liceum Ogólnokształcącego w Szczurowej. "Tworzyli atmosferę", czyli - dawali pieniądze. A jeśli dawali pieniądze na coś - to znaczyło dla szczurowian, że to "coś" nie jest głupie, Kilka lat temu z przeprowadzonej ankiety wynikało, że lokalna społeczność nie bardzo jest przekonana o potrzebie powstania szkoły średniej. Wójt nie w ciemię bity, poinformował o tym "swych ludzi" w Ameryce. Ci zwołali zebranie towarzystwa w Chicago i szybko uzbierali pewną sumę na wsparcie budowy. No, i jak szczurowianie mogli nie zgodzić się z budową liceum, skoro ich bracia zza wody poparli ten pomysł ?
 
Szkoła średnia istnieje już od trzech lat. W jej budynku mieści się liceum i zawodówka. W sumie ponad 200 uczniów z terenu gmin: Szczurowa, Brzesko, Borzęcin, Wietrzychowice... Gdyby tej szkoły nie było, wielu młodych ludzi ze wsi skończyłoby edukację na podstawówce, bo np. nie byłoby ich stać na bilety miesięczne i dojazdy do szkół średnich w Brzesku czy Bochni.
Z listu do redakcji "W zakolu Raby i Wisły" autorstwa p. T.W. z Chicago wyłuskałem parę zdań, które niech posłużą za puentę tego artykułu: "Mówimy o żydowskim lobby w świecie i w Ameryce. Nie wiadomo dlaczego mamy im to za złe, ale co my sami, jako Polacy, robimy, żeby stworzyć podobne lobby polskie? Ba, mówiło się nawet, że gdzie dwu Polaków na emigracji, tam trzy skłócone partyjki. Towarzystwo Ratunkowe Szczurowa stara się od lat swoją działalnością przeciwstawiać temu obiegowemu stwierdzeniu...). W Szczurowej pokazują, jak rozwijać żywe kontakty z Polonią ..
 
JÓZEF BARAN
(W Zakolu Raby i Wisły 2-3/200)